Cześć! Z tej strony Dorota Traczyk, a Ty słuchasz podcastu „O rozsądnym podejściu do zdrowego odżywiania”. Dieta? To tylko dieta. Zapraszam na dzisiejszy odcinek z serii w krzywym zwierciadle poświęconej zaburzeniom odżywiania.


Dorota: Cześć Natalia!

Natalia: Cześć!

D: Bardzo mi miło gościć Cię w moim podcaście i na moim kanale. Bardzo się cieszę, że się spotkałyśmy, ponieważ jesteś bardzo ciekawą osobą, która mówi o podobnych rzeczach, sama ma też ciekawe doświadczenia z zaburzeniami odżywiania i będzie mi bardzo miło, jeżeli opowiesz dzisiaj o nich, żeby zainspirować innych, że się da z nich wyjść i jeszcze po tym pomagać innym. Myślę, że może być to bardzo ciekawe dla naszych słuchacz.

N: Jasne. Dziękuję bardzo za zaproszenie i bardzo chętnie podzielę się moimi doświadczeniami.

D: Super. Powiedz nam proszę, jak wyglądały u Ciebie zaburzenia odżywiania? Co to było? Ile mniej więcej trwało lat? Czy pamiętasz moment, w którym one się zaczęły?

N: Jasne. Zaczęły się w momencie, kiedy miałam jakieś 17 lat. To było na początku liceum. Mój brat przywiózł wtedy do domu dietę. To była dieta Dukana. Jemu udało się bardzo fajnie na niej schudnąć w przeciągu miesiąca. Więc ja umówiłam się z moją mamą, że też zrobimy sobie taką dietę wspólnie, bo w gimnazjum miałam taki okres, w którym dość szybko trochę przybrałam. Nie miałam nadwagi. Wiadomo jak to jest, jak się dorasta i trochę tych nadprogramowych kg się pojawiło. Dzięki diecie oczywiście schudłam parę kg i dietę zakończyłam razem z mamą. Tylko, że w mojej głowie to tak naprawdę wszystko się rozpoczęło dopiero. Zaczęły się myśli, w których byłam przyzwyczajona na przykład do posiłków z diety Dukana i one dla mnie były bezpieczne. Czułam się bardzo bezpiecznie jedząc to, więc każdy inny produkt, który nie był dozwolony w tej diecie – sprawiał, że trochę się bałam, że przytyję znów, wrócę do poprzedniej wagi i tak kontynuowałam troszeczkę dalej dietę Dukana. Wprowadziłam inne produkty, ale ciągle kontrolowałam ilości i ciągle stawiałam na wszystkie produkty niskotłuszczowe, light, diet. Cokolwiek miało zero kalorii albo mniejszą liczbę kalorii – to ja czułam się bezpieczniej jedząc to. Jednocześnie w tym czasie wszyscy mówili mi, jak dobrze wyglądam, że schudłam i promienieję. To mnie bardzo motywowało do kontynuowania tego. To trwało przez całe liceum. Wtedy jeszcze nie stosowałam aż tak dużych restrykcji kalorycznych przynajmniej. Produkty i posiłki były trochę powtarzalne, ale kalorie jeszcze były na takim w miarę zdrowym poziomie. Wszystko się zmieniło w momencie, kiedy przyszły matury, wybór studiów, aplikowanie. Dodatkowy stres sprawił, że nagle straciłam apetyt i byłam bardzo szczęśliwa z tego powodu. Byłam z siebie tak dumna, że kontroluję to i mogę nie zjeść nic do godziny 13.00 i zignorować uczucie głodu w moim żołądku. Cały czas widziałam, jak waga idzie w dół. W tym momencie ze strony mojej rodziny zaczęły się komentarze, że jestem chyba za chuda, że chyba nic nie jem, bo chudnę w oczach, ale mnie to wciąż motywowało. W mojej głowie były chore myśli, gdzie byłam dumna z siebie, że jestem w stanie kontrolować mój głód, dotrwać do tego momentu, kiedy już przestaje mi burczeć w brzuchu i już nie czuję głodu, że przetrwałam ten najgorszy moment. To się tak ciągnęło. W momencie, kiedy wyjechałam na studia, mieszkałam bez rodziców, więc miałam w ogóle wolną rękę.

D: Nikt na Ciebie nie patrzył.

N: Dokładnie. Nikt nie kontrolował tego, co jem. Oczywiście w głowie miałam cały czas to, że nie mogę dać po sobie poznać, że coś jest nie tak – więc byłam świadoma tego, że to jest być może niezdrowe, ale wciąż kontynuowałam to. Teraz patrząc z perspektywy czasu nie wiem, dlaczego chciałam to kontynuować.

D: To, co często zauważam, to jest to, że w momencie kiedy zaczynamy wchodzić w zaburzenia odżywiania, to zaczynamy na tym budować troszeczkę poczucie siebie. Daje nam to dużo satysfakcji i wydaje nam się, że jesteśmy tacy super w tym, że jesteśmy w tym po prostu dobrzy. Odczuwamy dumę i satysfakcję przez co wydaje mi się, że trochę budujemy na tym własne poczucie wartości. Więc może też to powoduje, że ciężko nam z tego wyjść. Wręcz to, że ktoś nas obserwuje albo chce nas skontrolować – powoduje w nas duży niepokój i niechęć, że jak ktoś może mi zarzucać, że coś jest nie tak albo mówi mi, co powinnam zrobić. Przecież ja wiem najlepiej, bo jest najlepsza w tym.

N: Tak. Poza tym myślę, że w pewnym stopniu uzależniałam się trochę od komentarzy. One też potwierdzały to jeszcze, że jestem dobra w tym, co robię. Wszystkie komentarze typu: Boże, Ty nic nie jesz, ale jesteś chuda, ale schudłaś ostatnio, czy Ty w ogóle coś jesz – to jeszcze potwierdzało, że robię dobrą robotę i potrafię się kontrolować. To tak trwało przez całe lata. Cały czas utrzymywałam to przed znajomymi i bliskimi w tajemnicy. Zdarzały się takie momenty, kiedy jadłam dużo. Na przykład przyjeżdżając na Święta do domu jadłam bardzo dużo. Wtedy jakoś łapał mnie luz, ale zaraz po Świętach, po powrocie do regularnego życia i do swojego harmonogramu zajęć, wracałam do diety, treningów i kontynuowałam to.

D: Robiłaś sobie taki luz z podejściem, że i tak zaraz wrócisz do swojego bezpiecznego schematu, więc raz na rok można sobie pozwolić.

N: Dokładnie. To też były momenty na przykład podczas Świąt, kiedy próbowałam się stopować i próbowałam zjeść tylko jeden kawałek, ale nie mogłam. Wtedy już nie byłam w stanie i to było troszeczkę objadanie się, ale jednak starałam się trzymać nad tym kontrolę. Wywoływało to straszne wyrzuty sumienia. Później przez kolejne miesiące było ostre dietowanie i coraz nowsze głodówki. W pewnym momencie diety już przestały działać. Jadłam tak mało i wracałam do diety Dukana na przykład, na której nie udało się schudnąć. Później zaczęły się diety Dąbrowskiej, na której za pierwszym razem schudłam parę kg i doprowadziłam się do lekkiej niedowagi. Za pierwszym razem to zadziałało, ale za każdym kolejnym już coraz mniej, aż w końcu w ogóle. Pamiętam, że strasznie źle się czułam podczas wszystkich diet. Ciągle byłam na diecie, tylko zmieniłam wersje. Za każdym razem czułam się coraz gorzej. Szczególnie źle znosiłam dietę Dąbrowskiej, gdzie bolała mnie głowa, miałam migreny przez cały dzień. A w zasadach tej diety było napisane, że nie można stosować żadnych leków przeciwbólowych, bo wtedy to „ozdrowienie” nie jest całkowite i prawdziwe, więc leżałam zwijając się z bólu, nie jedząc nic przez 5 dni, bo byłam na diecie. Nie wiem w tym momencie, jak byłam w stanie pracować. To już było po studiach i wtedy już normalnie pracowałam, ale nie wiem jak byłam w stanie to robić patrząc z perspektywy czasu. Tak to się ciągnęło.

D: To jest niesamowite. Po wiem Ci, że u mnie było bardzo podobnie. U mnie z czasem też tak było, że diety nie działały. Potrafiłam jeść coraz mniej, byłam coraz bardziej sfrustrowana i jednocześnie coraz bardziej widziałam, że mój organizm się buntuje i nie chce już reagować na to, co ja mu zapodaję. Wytworzyły się bardzo silne adaptacje i to było dodatkowo stresująco-frustrujące. Jest to uczucie, że traci się kontrolę, którą się tak bardzo pielęgnowało przez lata.

N: Tak, zdecydowanie. Ja właśnie wtedy bardzo narzekałam na to, że mam taki wolny metabolizm, że to jest genetyczne.

D: Że ja jestem taka wyjątkowa, a wszyscy mają łatwiej. Jak to jest możliwe, że ja muszę jeść mniej niż inni, bo bym przytyła strasznie, jakbym jadła normalnie.

N: Tak. Jak widziałam moje koleżanki, które były bardzo szczupłe, też pewnie geny miały znaczenie, ale po prostu jadły normalnie. Nigdy nie były na żadnych dietach. Jak one jadły tyle, to ja patrzyłam z zazdrością i zawiścią, że: Boże, jak to jest możliwe? Dlaczego mnie tak pokarało?

D: Ja miałam jeszcze do tego dodatkowo uczucie lekkiej niesprawiedliwości i zawiści, że one mają tak łatwo, a ja muszę tyle energii włożyć. Nie mam już sił, a nadal nie jestem w tym momencie, co one.

N: Tak. Ja miałam dokładnie takie same myśli.

D: Nie powiedziałam tego na początku, a to jest ważne. W tym momencie zajmujesz się tłumaczeniem książki „No period, now what?”, która dotyczy stricte zaburzeń miesiączkowania. W tym się specjalizujesz, na tym budujesz swoje media społecznościowe. Mogłabyś poruszyć temat miesiączki? A później przejść płynie do tego, co się stało, że stwierdziłaś, że pora zacząć jeść normalnie? Jak to wyglądało?

N: Miesiączkę straciłam dość szybko, bo to było dosłownie parę miesięcy po pierwszej diecie Dukana. Na szczęście coś mnie tknęło, żeby od razu powiedzieć to mamie. Mama zabrała mnie do ginekologa, który na nieszczęście przepisał mi tabletki antykoncepcyjne i w niewiedzy miałam co miesiąc krwawienie jak w zegarku, co 28 dni. Zapomniałam zupełnie o tym problemie i miałam bardzo dużo czasu, żeby zająć się kolejnymi dietami i wprowadzaniem coraz to nowych treningów. Tak naprawdę nie miałam miesiączki naturalnej przez około 10 lat. Przez większość tego czasu – myślę, że przez 5 lat – brałam cały czas tabletki antykoncepcyjne i zapomniałam, że mam ten problem. Dwa razy w roku chodziłam na wizytę, gdzie dostawałam nową receptę. Robiłam wszystkie badania. Co ciekawe wszystkie moje hormony były mniej więcej w normie. Miałam lekką niedoczynność tarczycy, ale większość hormonów była w normie albo w dolnej granicy.

D: U nie było dokładnie tak samo. Jeden czasami może były poniżej, ale ogólnie były nie najgorsze.

N: Zawsze myślałam, że nie ma żadnej diagnozy, że jestem jedyną wyjątkową, która ma niezbadaną, jedyną na tym świecie chorobę, która nie pozwala mi miesiączkować naturalnie. Nigdy nie dostałam konkretnej diagnozy, że to jest funkcjonalny brak miesiączki, dlatego sama też chodziłam sfrustrowana i nie przykładałam do tego większej wagi przez te pierwsze lata, bo nie było diagnozy. Nie było punktu zaczepienia, więc stwierdziłam, że: ok, biorę tabletki, jest wszystko ok. Występuje krwawienie, więc nie będę się tym teraz przejmować.

D: Mogę coś wtrącić? Chciałabym pokazać swoją perspektywę, jak u mnie to było z miesiączką. Na początku jak ją straciłam to poszłam do ginekologa. Dał mi środki antykoncepcyjne i wtedy po jakimś czasie dowiedziałam się, że to nie ma za bardzo sensu, bo blokuje oś przysadka-jajniki. Natomiast to, co tak naprawdę mnie skłoniło do tego, żeby odstawić hormony, to było oczywiście to, że mi się woda zaczęła gromadzić w ciele. Czułam się dziwnie w swoim ciele, ze swoją nasiloną obsesją dotycząca mojego ciała – byłam tym zdruzgotana. Mówiłam, że wolę już nie mieć w ogóle, niż tyć od hormonów. To mnie przerażało. To był główny czynnik, dlaczego je odstawiłam. Ja z kolei miałam tak, że nie szukałam innej choroby, bo czułam, że to jest przez to. Nikt mi tego nie powiedział, ale ja wiedziałam, że mam swoją tajemnicę, czyli to, że cały czas ograniczam jedzenie i bardzo dużo ćwiczę. Więc czułam, że to może wynikać z tego, że mój organizm nie jest gotowy na to, żeby przygotować nową osobę do życia – utrzymać ciążę.

N: To ciekawe. Właśnie ja nigdy nie miałam problemów z antykoncepcją, takich fizycznych objawów. Dużo słyszę o tym, że dziewczyny tyją, że trudno jest im dobrać dobrą antykoncepcję do ich organizmu. A ja, cokolwiek brałam, to było w porządku i zupełnie nie czułam negatywnych skutków, dlatego też tak długo kontynuowałam to. To było dla mnie wygodne w planowaniu wyjazdów, bo wiedziałam dokładnie kiedy dostanę to krwawienie. Więc to było idealne po prostu. Ale przy okazji wielu przeprowadzek – bo na studiach w jedno miejsce, później w drugie – zmieniałam ginekologów i zaczęły się pojawiać pojedyncze komentarze, że: Pani po prostu za mało waży, musi Pani jeść. Raz dostałam nawet precyzyjną liczbę 2500 kalorii, że mam zacząć tyle jeść przez jakiś czas i zobaczyć. To było tyle i do mnie to nie przemówiło. Nie dowiedziałam się dlaczego mam akurat tyle jeść. Nie dowiedziałam się jaki ma związek jedzenie z przysadką mózgową, z podwzgórzem, z jajnikami.

D: To było totalnie oderwane od wszystkiego.

N: Tak. To zupełnie mi się nie łączyło w jedną całość i mimo tego, że podświadomie wierzyłam, że w tym jest problem, nie przyznawałam się przed lekarzami, że nie jem. Mówiłam, że jem już normalnie, jem zdrowo a mimo tego nie mam okresu albo jem zdrowo i nie chudnę – to były moje ulubione tekst zarówno do ginekologów jak i dietetyków. Gdzieś mi to świtało, ale wypierałam to. Często zapominałam o tych słowach i po prostu brnęłam dalej w swoje zaburzone zachowania odnośnie odżywiania. Dopiero 2 lata temu zaczęłam oglądać na YouTube dziewczyny, które zajmowały się zdrowym odżywianiem, trenowaniem, treningiem siłowym i przez pierwszy rok tylko to oglądałam. Zobaczyłam, że jest jeszcze więcej osób, które mają podobną historię do mojej, że bardzo restrykcyjne diety stosowały, dużo trenowały. Całe godziny cardio, bo parę lat temu cardio było bardzo fit i bardzo modne, popularne. Powoli zaczęło do mnie to docierać, że jednak problem jest w mojej głowie. Problem jest z moim jedzeniem – z tym jak trenuję i dlaczego w ogóle trenuję. Trenowałam tylko po to, żeby spalić kalorię, a nie po to, żeby się dobrze czuć. To nie było dla zdrowia. I tak rok temu zaczęłam świadomie troszeczkę zwiększać kalorie, ale to były naprawdę takie liczby, że w tym momencie się z tego śmieję. Na przykład o 50 kalorii dziennie co 2 tygodnie dziennie, co miesiąc czasami. Byłam przerażona tym. Liczyłam skrupulatnie każdą kalorię. Kupiłam sobie wagę, więc wszystko było precyzyjnie zmierzone i zważone. Mimo tego że wtedy zaczęła się moja droga do odzyskania zdrowia, to i tak moje myśli i zachowania były bardzo zaburzone. To szło w żółwim tempie i zupełnie nie było widać żadnych zmian. Byłam dwukrotnie w szpitalu diagnostycznym endokrynologiczno-ginekologicznym w przeciągu 3 lat. Moje wyniki były podobne i dalej nie dostawałam żadnej diagnozy. Dostawałam tylko tym razem już nie tabletki antykoncepcyjne, tylko terapię hormonalną progesteronem. Tak to kontynuowałam po prostu. Starałam się powolutku coś tam zwiększać, ale jednak nie przynosiło to żadnych rezultatów. Do momentu kiedy nie natrafiłam na książkę „No period, now what?”, z którą też czekałam bardzo długo. Kilka miesięcy nie chciałam jej kupować, bo bałam się tego, co tam przeczytam.

D: Czułaś co tam będzie?

N: Tak, i obawiałam się tego, ale w pewnym momencie przyszła taka frustracja. To było na początku tego roku, kiedy zaczęła się pandemia i stwierdziłam, że kiedy jak nie teraz. I tak pewnie będę siedzieć w domu przez cały rok. Może łatwiej mi będzie znieść to psychicznie jeśli nie będę narażona na wzrok i ocenę innych.

D: Są to sytuacje, które i tak trzeba przejść w momencie wychodzenia z zaburzeń odżywiania. Natomiast kiedy postanawiamy z zaburzeń odżywiania wyjść – warto pamiętać, że nigdy nie ma idealnego momentu. Codziennie jest to odkładanie odpowiedzialności na kiedy indziej. Nie będzie lepszego momentu i decyzja powinna być podjęta teraz. To jest krokiem milowym w stronę zdrowia. Jak już podjęłaś decyzję o przeczytaniu tej książki – podejrzewam, że Twoje przypuszczenia się potwierdziły odnośnie tego, co zastałaś w niej – to stwierdziłaś, że postawisz wszystko na jedną kartę i zaczniesz po prostu jeść więcej?

N: W zasadzie tak. Na początku przez pierwszy tydzień ćwiczyłam w domu i przez długi czas treningów w ogóle nie odpuszczałam. Mimo tego że starałam się jeść trochę więcej, to jednak treningi zawsze były.

D: Miałaś pokusę, żeby ćwiczyć więcej skoro jesz więcej?

N: Nie. W zasadzie nie. Dużo się naczytałam w tej książce, że to jest zupełnie nieproduktywne i to wręcz wydłuży czas powracania do zdrowia. Kontynuowałam to, co robiłam i zaczęłam jeść więcej. Przestałam liczyć kalorie. Przestałam zwracać uwagę na to, co i kiedy jem – bo oczywiście jest pełno zasad, które stosowałam odnośnie białka, tłuszczy, godzin posiłków, przerwy całonocnej, że ona musi trwać 12 godzin. Bardzo dużo było zasad i na początku w połowie je odrzuciłam wszystkie, a później po tygodniu jakoś psychicznie się przestawiłam i stwierdziłam, że jeśli mam coś zrobić, to zrobię to całym sercem i wejdę w to całkowicie. Zaczęłam próbować nowych rzeczy, co sprawiało mi też dużo radości, bo nie pamiętałam już, kiedy ostatnio kupiłam sobie batonik albo lody i nie musiałam się zastanawiać nad tym ile to ma kalorii czy spalę to, czy mogę to dzisiaj włączyć do mojej diety, czy jednak będzie za dużo kalorii. To dawało mi tyle radości i swobody, mimo tego że bałam się tego panicznie. Warto wspomnieć, że przy zburzeniach odżywiania i miesiączkowania – często zamykamy się i jesteśmy w tym sami. Rezygnujemy z różnych imprez, ze spotkań towarzyskich, które dzieją się wokół jedzenia, bo jest to dla nas wielki stres. W momencie, kiedy w końcu możesz w tym wszystkim uczestniczyć i możesz się tym wszystkim cieszyć, to przynosi to tyle radości i tyle szczęścia. Ja się trochę uzależniłam od tego, że czuję wolność w głowie. Dodatkowe kg przeszkadzały mi, miałam takie momenty załamań, gdzie wyciągnęłam spodnie po 3 miesiącach, w które nie mogłam się wcisnąć albo zapiąć, ale przechodziły bardzo szybko. W ciągu jednego dnia potrafiłam się z tego podnieść. Od pierwszych tygodni przeważały pozytywy niż negatywy i to mi dawało więcej siły. Poza tym wtedy też zdecydowałam się dokumentować to na Instagramie i dostając wiadomości od dziewczyn, które przechodzą to samo, wspierając się wzajemnie, pomagając sobie nawzajem – to dawało mi tyle motywacji, że ja muszę pokazać, że to jest możliwe i muszę udowodnić sobie i wszystkim, że się da.

D: Super. Niesamowite jest podjęcie decyzji z dnia na dzień.

N: To kiełkowało już od dawna.

D: Tak, ale odważnie się w końcu puścić to wszystko i piękne jest to, co mówisz, że faktycznie poczułaś wewnętrzną radość i cieszenie się z tego, mimo że trzeba było zmierzyć się z wieloma rzeczami, które miałaś silnie utrwalone. Co było dla Ciebie najcięższe w tym momencie, kiedy zdecydowałaś się, że zaczniesz jeść więcej i to odpuszczać? 

N: Najtrudniejsze były takie momenty, kiedy słyszałam od moich szczupłych znajomych, że: Boże, dzisiaj tyle zjadłam, ojej, czuję się taka gruba. Wiem, że nie było to kierowane przeciwko mnie, tylko to tak się utrwala. Nasza kultura współczesna utrwala w nas takie przekonania, że jeśli kobieta zje dużą porcję na obiad to trzeba to skomentować i musi być: o Boże, ale dzisiaj dużo zjadłam. To było najtrudniejsze, bo we mnie wtedy kłębiło się dużo emocji i czasami miałam nawet łzy w oczach, ale nie chciałam poruszać tego tematu i zaczynać rozmowy, tylko starałam się poradzić sobie z tym sama. To były najtrudniejsze momenty, że zauważałam dużo społecznych zachowań, które utrwaliły w nas media – takie niekorzystne zachowania, które wpaja nam się od dziecka, a które sprawiają, że dużo osób przez to wpada w zaburzenia. Trudne było dla mnie pogodzenie się z tym i obserwowanie tego, że to się dzieje wszędzie, że jest tego bardzo dużo i trzeba się z tym zmagać. Druga rzecz to była waga. Od dawna się nie ważę, bo wiedziałam, że to będzie źle na mnie działać. Jednak opięte ubrania, jak spoglądam na siebie w lustrze albo w witrynach sklepowych. To też było na pewno bardzo trudne.

D: Jeszcze wrócę do tego pierwszego, co powiedziałaś, czyli komentarzy, które społecznie mogą wyrabiać nawyki myślowe, że faktycznie to źle, że jem dużo, że faktycznie powinnam jeść mało, bo jestem kobietą i inni patrzą, ile jem. Muszę to skomentować, żeby się usprawiedliwić, że zjadłam dużo. Trzeba realizować nasze zapotrzebowanie energetyczne i co komu do tego, ile ja jem? Ważne, że ja się z tym dobrze czuję i to jest nasz przywilej, żeby realizować nasze zapotrzebowanie na energię i pokrywać je w pełni. Czasami pracując z podopiecznymi staram się zmienić trochę to nastawienie, o którym mówisz, do takiego, żeby wzbudzić w sobie takie uczucie, że: faktycznie mogę to robić i teraz to wykorzystam, że mogę jeść dużo, bo to jest mój przywilej i absolutnie się tego nie wstydzę, bo wiem, że tego potrzebuję. Staram się, żebyśmy wyrabiali sobie pozytywne nastawienie do tego, że jestem głodna i realizuję swoje zapotrzebowanie. To jest właściwie bardzo fajne, bo słucham organizmu, daje mi to szczęście, daje mi to, to co często na początku w wychodzeniu z zaburzeń odżywiania doświadczamy w samotności, że jemy więcej i to jest takie super. Możemy tą radość okazać. Natomiast wychodząc do innych czujemy to, że inni siebie oceniają, mogą nas oceniać.

N: Tak, dokładnie. Trudno jest sobie z tym poradzić jednak. Szczególnie, jeśli widzi się wokół siebie ptaszki, które jedzą mało, a my mamy – jeszcze na początku często – wzmożony apetyt, bo jemy dużo ponad swoje zapotrzebowanie.

D: W trackie wychodzenia z zaburzeń odżywiania musimy pamiętać o tym, że my przez ostatnie lata bardzo się ograniczaliśmy, natomiast inni dokoła nas prawdopodobnie nie mieli takiej historii, jak my. W związku z czym dla nas jest to totalnie naturalne, że mamy dużo większy apetyt. Nie możemy się porównywać do tego, że ktoś zje średnią porcję i mówi: Boże, ale się najadłem. Już nie mogę. A Ty jesz i jest Ci głupio, bo masz ochotę zjeść 3 razy tyle.

N: Tak, i deser do tego zamówić.

D: Dokładnie. Natomiast co do tej drugi rzeczy, o której wspomniałaś, czyli wzrost masy ciała – bardzo często jest to trudne, bo mimo wszystko jesteśmy bardzo mocno przyzwyczajeni do naszej wcześniejszej masy ciała. Warto wtedy jest zmienić ubrania na trochę większe, żeby wszystko nam nie przypominało, że przytyliśmy.

N: Tak, to się wydaje oczywiste i proste. Ja często mówię o tym, że: dziewczyny, kupcie po prostu luźne ubrania, które nie będą Was nigdzie opinać. To tyle zmienia. To się wydaje takie oczywiste i banalne, ale naprawdę to potrafi zmienić nam bardzo humor na cały dzień. Ubrania muszą być luźne, swobodne, zakrywać to, czego nie lubimy najbardziej w swoim ciele, bo po co się jeszcze bardziej dołować? Po co rzeczy materialne mają Ci jeszcze przypominać o tym, że przytyłaś? A w momencie, jeśli jest Ci wygodnie, to nie zastanawiasz się czy jest jakaś fałdka, czy nie, bo i tak jej nie widać, a Ty jej nie czujesz, bo nic Cię nie uwiera. Trochę banalna rada, ale myślę, że jedna z najbardziej działających.

D: Tak, naprawdę to działa. Warto też w gorszych momentach przypominać sobie, że tak naprawdę poświęcając super szczupłą sylwetkę na wyjście z zaburzeń odżywiania – poświęcamy jedną rzecz, a zyskujemy tak dużo, że to jest nie do opisania. Wszystko to, co dostajemy w zamian, możemy doświadczyć i docenić dopiero w momencie, kiedy już w to weszliśmy i zaczynamy widzieć plusy. Ta druga strona jest nie do opisania po prostu.

N: Tak, to jest nie do opisania i też trudno w to uwierzyć. Na początku trudno sobie uświadomić w zaburzeniach odżywiania to, że tak naprawdę nie jesteśmy szczęśliwi. Trzymamy się kontroli nad swoim ciałem, jedzeniem i to nam sprawia satysfakcję, ale nie skupiamy się na tym, że jesteśmy nieszczęśliwi w innych aspektach naszego życia. Więc może na początku tak trudno uwierzyć w to, że zmieni się coś na lepsze. Ja mając zaburzenia odżywiania nigdy nie byłam zadowolona ze swojego ciała. Tak czy siak trwając w zaburzeniach i we wszystkich restrykcjach – byłam wciąż niezadowolona.

D: Zawsze jeszcze było coś, co można jeszcze dopracować albo zmienić, prawda?

N: Dokładnie. Jak niska by waga nie była, to i tak byłoby to za mało. Zawsze chciało się schudnąć z górką, żeby było na zapas. Jakby były Święta, to żebym przytyła tyle, żeby waga dalej była w moim standardzie. Myślę, że nie ma zbyt dużo rzeczy do stracenia, można tylko zyskać jedząc więcej.

D: Też tak myślę, że nigdy nie był ok. Nigdy nie byłaś w pełni zadowolona. Sztuką jest podczas wychodzenia z zaburzeń odżywiania zrozumieć, że to, co mamy teraz ze sobą, swoimi ciałem, jest naprawdę ok. Nie musimy dążyć do wiecznej zmiany czegoś. Nawet wychodząc z zaburzeń odżywiania część osób myśli o tym, że: teraz przytyję, ale później będę mogła schudnąć jak już wyjdę z tego? O to chodzi, żeby odnaleźć złoty środek w tym, że teraz jest ok, że to jest moment, w którym zdejmuję z siebie cały ciężar, który nałożyły na mnie wszystkie restrykcje, bo nie muszę nic z ciałem robić. Nie muszę go modyfikować w żaden sposób. Wydaje mi się, że to jest strasznie ciężkie. W zaburzeniach odżywiania jest nawyk do tego, żeby cały czas coś zmieniać, żeby cały czas próbować na przykład schudnąć. Tutaj chodzi o to, żeby właśnie tę sferę totalnie odpuścić, żeby stwierdzić: teraz jestem taka, jaką będę się akceptować przez kolejne lata i to jest ok. Zdejmuję z siebie obowiązek tego, że będę dążyć do coraz niższej masy ciała.

N: Tak, i nie stawiać sobie celu, że na przykład w 3 tygodnie 5 kg i coraz nowe cele. Faktycznie to jest bardzo trudne, żeby się z tym pogodzić, ale jak już się zaakceptuje pierwszą myśl, to później jest już lekko i to wręcz sprawia radość, że nic nie musisz. Nie musisz swojego życia organizować wokół diety i treningów, tylko jedzenie i jakaś aktywność wokół swojego życia.

D: Dokładnie. Powiedz mi jak jest teraz u Ciebie?

N: Teraz jest bardzo dobrze. Mimo tego że mam dodatkowe kilogramy, to już się do nich przyzwyczaiłam i wiem, że czy schudnę, czy nie schudnę w przyszłości, to nie zmieni tego, jak traktuję swoje ciało i jak będę je traktować. Mając zdrowe ciało i mając wolną głowę, swobodę i radość z małych przyjemności – to jest warte wszystkiego. Obiecałam sobie, że nigdy już nie będę robić żadnej diety. Nigdy nie będę się katować, bo zupełnie nie ma w tym żadnej wartości. Nie prowadzi to do niczego pozytywnego, a dzięki wszystkim moim doświadczeniom nauczyłam się też tego, żeby cieszyć się z takich małych rzeczy, co jest trudne w dzisiejszych czasach. Gonimy cały czas i ciągle chcemy więcej, lepiej. To sprawia mi najwięcej radości, że są takie małe przyjemności, z których się cieszę. W momencie, kiedy dostaję okres czy mam jakieś bóle przedmiesiączkowe, to się bardzo cieszę i w ogóle mi to nie przeszkadza. Myślę, że jestem w dobrym punkcie. Powoli zaczynam trenować, ale z pomocą trenerki personalnej, która mnie stopuje i mówi: bez szaleństw Natalia, spokojnie. Żadnych ciężarów jeszcze. Oddaję się w ręce specjalistów, żeby już nigdy sobie krzywdy nie wyrządzić i nie wrócić do tego. Jeść tak, jak mi się podoba. Trenować dla dobrego samopoczucia i dla zdrowia, a nie dla spalonych kalorii.

D: Super. Piękne podsumowanie naszej rozmowy. Natalia, bardzo Ci dziękuję za to spotkanie. Prosiłabym Cię jeszcze na koniec, żebyś powiedziała dwa zdania do naszych słuchaczy.

N: Powiem coś takiego, co często piszę dziewczynom, które wypisują różne swoje problemy, z którymi się spotykają i zawsze mówię im, żeby popatrzyły na siebie troszeczkę z boku, jak na swoją przyjaciółkę i zastanowiły się czy chciałyby tak swoją przyjaciółkę ganić za to, że coś zjadła. Katować ją treningiem, jeśli zjadła za dużo kalorii. Albo czy zauważyłyby jakieś fałdki na jej brzuchu i czy oceniałyby ją przez pryzmat tych fałdek. Zawsze mówię, żeby stanąć obok sobie i popatrzeć na siebie, jak na swoją przyjaciółkę. Zastanowić się czy nie jesteśmy dla siebie zbyt surowe i czy nie należy nam się od samych siebie trochę więcej miłości i akceptacji.

D: Super. Zgadzam się stu procentowo. Bardzo fajnie jest spojrzeć na siebie zawsze z dystansem. Natalia, dziękuję Ci za niesamowicie przyjemną rozmowę i za podzielenie się swoim doświadczeniem, swoimi obserwacjami, bo były bardzo trafne. Cieszę się, że mamy tak strasznie podobny punkt widzenia na to wszystko. Aż jestem w szoku.

N: Ja też jestem w szoku i bardzo się cieszę.

D: Jestem pod wrażeniem i bardzo się cieszę, że miałyśmy okazję porozmawiać o tym.

N: Ja też. Bardzo miło mi się rozmawiało i dziękuję Ci bardzo za zaproszenie. Jestem szczęśliwa, że jest coraz więcej osób, że poznałam Ciebie i mamy bardzo podobne spostrzeżenia i refleksje na ten temat. Bardzo mnie to cieszy, że rozszerza się grono świadomych osób, które chcą pomagać innym.

D: Dokładnie. Zgadzam się. Dziękuję i do zobaczenia. Pa!

N: Dzięki. Pa!


Dziękuję za wysłuchanie kolejnego odcinka podcastu „To tylko dieta”. Mam nadzieję, że znalazłeś w nim coś dla siebie. Jeśli tak, będzie mi miło, jeżeli podzielisz się nim ze znajomymi. Informacje i linki do audycji znajdziesz w opisie odcinka. Jeśli masz pytania, po prostu napisz podcast@dieta-sportowca.pl

Życzę Ci wspaniałego dnia i do usłyszenia. Pa!


0 komentarzy

Dodaj komentarz

Symbol zastępczy awatara

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *